Warhammer-owe opowieści / warhammer stories
Idąc przez las, wsłuchiwałem się w jego odgłosy, były jakieś inne nie pasujące do tej pięknej zieleni liści, starej kory leżącej w około i jeszcze starszych drzew które mijałem. Podążałem jakąś ścieżką chyba wydeptaną przez zwierzęta, szukałem choćby kałuży. W bukłaku już dawno był tylko piach... Zatrzymałem się nasłuchując czy coś podąża za mną bo takie miałem wrażenie, ale oprócz szelestu liści i jakby dziwnych niepokojących mnie szeptów nie słyszałem żadnych innych odgłosów . Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a ja nadal nie znalazłem ani wody ani nic do jedzenia. Nie było choćby najmniejszej polany aby rozbić obóz, tylko gęstwina jakby drzewa tworzyły jakąś ścianę a ja podążałem gdzie one chcą.
Zrobiło się ciemno i ponuro, a ja wciąż włóczyłem się, nie wiedząc dokąd idę, ale nie martwiłem się tym cieszyłem się że udało mi się ujść z życiem myślałem o towarzyszach, czy przeżyli? Gdzie są?
Ostatnią rzeczą jaką pamiętam był jakby czarny wir, a potem nicość i ... las ... ten przeklęty las.
Przyszło mi do głowy że to jakiś podstęp, niestety byłem tak wycieńczony, upadłem świat zawirował i z mroku wpadłem w jeszcze większy, nie było tu nic nie było nawet mnie.
- Allat!!! - Allat !!!!
- Co znim? dlaczego się nie rusza? - patrz na jego oczy, wygląda jak by coś go opętało ..
- Aghr ja tam widze trupa! - Zamknij sie Melchor, może coś zrób?! w końcu sie na coś przydaj!
Postać dostojna w niebiesko-czerwonej szacie uklękła przy ciele nieszczęśnika i zaczeła coś mamrotać, chwilę to trwało dało się wyczuć krążącą moc wokół tych dwojga.
Melchor odwrócił się do reszty towarzyszy i sapnął - rozbijcie obóz, będzie żył . Musze odzyskać siły trwajcie przy nas.
Melchior postać która wydawało by się że zniesie wszystko, osunął się bezwładnie, gdyby nie piękna elfka - Madae runą by jak długi, zapewne krzywdząc sie strasznie.
Poczułem ogromne ciepło na twarzy, ale nie był to ogień, było to przyjemne wiedziałem co to , już miałem otworzyć oczy, ale nagle przypomniałem sobie że osunąłem się w lesie.. jeżeli była ściana drzew.... to skąd tu słońce? przeraziłem sie otworzyłem oczy i równie szybko je
2.
zamknąłem promie niesłoneczne wdarły się chyba aż do najgłębszych zakamarków mojej duszy. Zerwałem się na równe nogi uderzając w coś, odskoczyłem oparłem się chyba o jakiś wóz. Wóz??!!!
Odczekałem chwile, aż oszołomienie przejdzie i rozejrzałem się dokładnie dookoła.
Okazało się że ocknąłem się w obozowisku , zauważyłem trzy namioty, wóz, palenisko . I nagle poznałem to wszystko, było to obozowisko moich towarzyszy , z którymi przemierzamy świat w poszukiwaniu przygód , a raczej złota i artefaktów. wiadomo czasem zdarzy się dać łupnia jakimś stworą wywodzących się z chaosu, ostatnio właśnie mieliśmy spotkanie....Z jakimś demonem... Właśnie mi zaczęło to wszystko nie pasować, wiem przecież że walczyliśmy z nim i przegraliśmy tą walkę, jak u licha się tu znalazłem, przecież to nie możliwe. Zbliżyłem się do namiotu w którym jak przypuszczam spała Madae, uchyliłem poły namiotu i ujrzałem ją, piękną jak zawsze, nie zależnie od warunków , lśniła, miała lekki uśmiech, jakby śniło jej się coś miłego, nagle czmychnął obok mnie cień. Zerwałem się na równe nogi i równie szybko upadłem na kolana.
Przede mną ściana mrocznych drzew, oślizgłych wstrętnych i mrocznych. Nie wiedziałem co sie właściwie wydarzyło, chciałem sięgnąć do plecaka, niestety nie miałem go, poczułem jak żołądek mnie ściska, suchość w ustach, czyżby to był tylko sen? Omamy wycieńczonego elfa?
wstałem ledwo utrzymując równowagę, i ruszyłem ścieżką która wskazały mi drzewa...
Nie mam pojęcia jak długo błądziłem w tym labiryncie drzew, ledwo widziałem na oczy, szmery i szelesty złowieszcze nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia, miałem mrok w sobie i wiedziałem o tym, byłem potępiony i cokolwiek czaiło się wśród drzew nie było mi już straszne, a wręcz byłem pewien że TO boi się teraz mnie, czułem jak zanikam, jakbym nie miał już woli, ostatkiem mnie próbowałem sobie coś przypomnieć, coś przypomnieć coś...
3.
___________________________________________________________________________________
Blask wśród ciemności, ognista kula pędziła prosto na mnie ledwo co zdołałem zasłonić sie mą tarczą, uderzenie było tak silne że zwaliło mnie z nóg, na szczęście tarcza nie była pierwsza lepsza z targu pod Nuln, gdzie można było kupić drewnianą pokrywę z beczki jako magiczny artefakt.
dobyłem miecza natychmiast zaczął lśnić , co oznaczało obecność jakichś plugawych istot.
Rozglądam się powili, nic nie widać zupełna ciemność, wiem że w plecaku mam zwoje, które by mi pomogły, ale nie ma na to czasu , znów świst jasność ogień targany pędem ognistej kuli trafia 3-4 kroki ode mnie, nie zauważyłem z jakiego kierunku nadlatują. Znalazłem niszę w skalnym korytarzu w którym wszystko sie działo i nagle mnie oświeciło , nie zastanawiając sie ani sekundy odłożyłem tarczę za nogi chwyciłem pelerynę i zasłoniłem się dopasowując do skały licząc że mnie ochroni....
Czekam tak już jakiś czas , nic nie słychać oprócz mego własnego zdenerwowanego oddechu i wody kapiącej nie wiadomo z kąd , co chwile lotowata kropelka znajduje jakiś sposób aby wpaść na plecy między napierśnikiem a kolczugą - zwariować można , ale nie chcę sie uszyć peleryna mnie tu chroni, nikt z zewnątrz, kto nie wyczuwa magi nie widzi nic prócz ciągu skały. Niebezpiecznie się z tąd teraz ruszać... Oczy same mi się zamykają - myślę - dlaczego tu przylazłem sam, chciwość głupota? Wiadomo że , jeżeli ktoś zapewnia cię o skarbie i truje ci że nie jest chronimy, a tylko duchy straszą, to na pewno coś czai sie na śmiałków którzy chcą przejąć skarby.
-Odpocznę , odpocznę tylko chwilę - powtarzam sobie, a już po chwili nie wiem gdzie i po co jestem, aż sen ogarnia mnie ze zmęczenia i zimna.
Brr , budzę się skulony jak w łonie matki , szybko rozglądając się gdzie jestem.
Rozprostowałem kości przygotowałem arę zwojów, a na siebie rzuciłem "widzenie w ciemnościach" , nie chcę używać pochodni , tym razem ja chce widzieć pierwszy przeciwnika.
4.
Zebrałem ekwpiunek, miecz schowałem do pochwy aby nikt nie widział jego blasku, tarcza na plecy a w ręku kusza, z przygotowanym bełtem przy którym ognista kula - to nic. Myśląc o tym jaką ma siłe raźniej na duszy się zrobiło a i na twarzy pojawił się uśmiech, ruszyłem pocichutku w głąb tunelu. Słychać tylko gdzieś krople spadające z dużej wysokości , wyobrażam sobie cóż to musi być za pieczara, echo roznosi każdy dźwięk po tysiąckroć. Nagle poczułem gęsią skórkę na plecach , jak by coś było tuż tuż, twarz mi drętwieje, ślina jak by zamieniła się w piach .... Zamarłem.
Rozglądam się gotów do strzału, ucieczki - nigdy się tak nie czułem, szybko lewą rękom sięgam po zwój -Obym trafił na odpowiedni- rozwijam go jedną ręką, szelest niesie się złowieszczo , potęgowany jak by przez jakąś pradawną moc, rzucam szybko okiem czy to odpowiedni zwój -TAK!!!- znów zapomniałem się niemal wykrzykując.
Chwilę zajęło mi , ale już mi ciepło, bezpiecznie. Czuję wokół mnie aurę, a wiem że zapewnia mi bezpieczeństwo i niewidzialność, obym pozostał skupiony , jeżeli tego nie zrobię nie będę się mógł poruszać wraz z aurą, a tylko w jej polu.
Tunele ciągły się milami, parę razy musiałem wracać z ślepego końca jednej z odnóg , ale w końcu dotarłem do ogromnej jaskini, nawet moje widzenie w ciemnościach nie sięgało sklepienia pieczary, początku ani końca, poprostu jakby tunel skończył się w środku bezkresu, i oprucz drogi powrotnej była tylko pustka.
Wiem że tu jesteś - usłyszałem jakby syk tuż za głową - Wiem że tu jesteś, nie widzę cię , ale nie szkodzi, mamy czas, poczekam aż opadniesz z sił , i magia przestanie cię chronić ! - Tym razem nie był to już złowieszczy syk, ale mokre zatrute słowa, które przez trzewia trafiały prosto w serce, chwytając je i niemal wyszarpując... -Mamy dużo czasu... Kim jesteśśś - znów syk jakby prosto w ucho niemal czułem ciepły oddech, mimo aury czułem jak me serce bije coraz szybciej, a dłoń zaciska się na miechu gotowa zadać śmiertelne cięcie. Milczę i zastanawiam się co zrobić, jak zadać cios , jeżeli nie widać przeciwnika - Słyszę twe struchlałe myśli, sSSSssssłyszę je - Czuję się coraz mniej pewnie, jakby wąż siedział mi w głowie i pełzał między moimi myślami, kim on jest albo oni, dlaczego słyszę jeden głos, a mówi MY??
5.
- Chcesz wiedzieć ilu nassSSs jest , Słyszę twe myśli, jest nas aura i widzenie, a ja jestem tu sam od wieków, a twoja dusza dotrzyma mi towarzystwa śmiertelniku!!! - Tym razem słyszałem syk, a drugą część wypowiedział ten mokry zgniły głos, jest nas aura i widzenie, od razu pojąłem że to istota żywiąca sie magią tylko jaka... muszę sie więcej dowiedzieć nim odwołam czary, ale czasu coraz mniej, czuję jak moc mnie opuszcza, jak ją coś ze mnie wysysa, muszę pomyśleć.
Jeżeli zrzucę aurę i widzenie , kto sie pojawi, jak z nim walczyć , przecież nie zdążę zapalić pochodni bo pewno zaraz zginę, czarować nie mogę bo jest coś lub ktoś żywiący sie magią, muszę zajrzeć do plecaka. Lina , prowiant, woda z Lasu Loren, dwie bomby - ciekawe czy proch nie zamókł, złoto, bełty , jakieś rupiecie które trzeba oczyścić- ciekawe czy są coś warte - pomyślałem -
haki do wspinaczki, 2 łuski do zbroi... grzebie i grzebie, przerzucam po parę razy to samo i nie wiem nadal co zrobić, księga... zapieczętowana księga ... Op-ghata-dra-Mastra - co mi po niej nie mogę jej otworzyć ...
nagle wpadł mi pomysł do głowy , podpale obydwie bomby , nakryję sie peleryną nic mi sie nie stanie zrzucę czary i cokolwiek będzie mnie natychmiast chciało zabić nie będzie mnie widziało a zginie od wybuchów- Tak! niemal wykrzyczałem - To jest dobry plan- nie rozdrabniając sie szczególnie zacząłem go wprowadzać w życie.
Pierwszą położyłem przed sobą jakieś 2 kroki , drugą za mną w tej samej odległości, tak aby lont był przykryty przez moją pelerynę , a żeby równo wybuchły ....
zastanawiałem się jeszcze przez chwilę, przygotowałem 2 miecz, który nie był magiczny, ale został wykuty dawno temu w Górach Krańca Świata, nie wiem dla kogo, przez kogo, ale mógł przeciąć głaz a drzewo
waliło się od jednego ciosu...
Zrzuciłem czary i nagle poczułem strach, przerażenie, a w nozdrza wdarł się smród jakby zgniłych ciał.
6. Nie zastanawiałem się już dłużej, odpaliłem lont , po chwili poczułem szarpnięcie, ziemia zadrżała, wybuch.
Zerwałem się na nogi odrzucając pelerynę i jednocześnie robiąc zamach mieczem, mając nadzieje że zadam pierwszy cios, niestety w nic nie trafiłem ,a nawet nie widziałem w co mógłbym trafić, kłęby dymu i płonące kawałki to wszystko co widziałem.
Rozejrzałem się , i oto z ziemi dwa płonące jakby kamienie uniosły się niedaleko mnie, i powoli się zbliżały, a ja zamarłem a w moje serce wdarł się głębiej strach, nie mogłem się ruszyć i jak głupiec patrzyłem na zbliżające się.... płonące kamienie i już po chwili , wyłoniła się z kłąb dymu postać .
Płonące żywą krwią oczy , ciało, a raczej trup, na którym wszystko gnije i odpada od kości - Licz - to był licz, chodzący tróp - przeklęty Nekromanta, którego czarny jak smoła umysł chce kolejnego ciała do swych podłych praktyk, opętany umysł który dąży tylko do zniszczenia, nie pamiętający życia , a tylko pustkę i chaos - Zginiesz - bulgoczący głos wyrwał mnie z mych myśli - zginiesz , a twa dusza będzie się błąkać potępiona... Poczułem szarpnięcie, jak długi padłem do przodu, twarzą lądując w czymś ohydnie miękkim - nie chciałem wiedzieć co to .
okazało się że tylko jedna baba wybuchła, na moje szczęście druga po tej chwili pozwoliła wyrwać się strachy i hipnozie czerwonych oczu Licza- przez myśl mi przeszło dlaczego mnie nie rozerwało- ale nie miałem czasu na rozmyślanie o tym, rzuciłem wokół okiem , aby dostrzec mój miecz który wypadł mi z ręki podczas eksplozji , był blisko , pochwyciłem go czym prędzej, łapiąc od razu zatoczyłem się aby cios z obrotu jednym cięciem powalił bestie, prawie, ledwo go drasnąłem... Zgniła prawie nie widoczna twarz , wydobyła z siebie ryk jak by z samych czeluści odrzucając mnie jak kukłe.
Zerwałem się na nogi z zamiarem zadania kolejnego ciosu, Nekromanta coś mamrotał w nieznanym mi języku, a jego kostur zaczął krwawić, nie wiedziałem co robi, ale na pewno nie było to nic dobrego, doskoczyłem do mego ekwipunku, chwyciłem kusze i wycałowałem w Licza , a przed nim z pod ziemi jakby jakieś ciało wygrzebywało się z grobu, poczułem jak serce mocniej zabiło, tak jak by to było ostatnie uderzenie, spuściłem cięciwę, bełt sunął wprost na
7.
Licza, a ja cisnąłem kuszą i skokiem niczym tygrys rzuciłem się na swą pelerynę- wiedziałem że jeżeli się nie ochronie zginiemy obaj- dopadłem ją osłaniając się kątem oka widziałem jak bełt wbija się w zgniłe miękkie ciało licza.
Nastąpiła jasność jak w dzień, w najjaśniejszy dzień, a mnie jak latawiec podmuch wybuchu rzucił o ścianę tak mocno że straciłem przytomność.
Ocknąłem się- nie wiem po jakim czasie, łeb mi pękała i chyba tylko chełm ocalił mi życie, wstałem nie bez trudu i rozejrzałem się , obok był mój plecak, dopadłem do niego szukając pochodni, prawie nie widziałem w ciemności od uderzenia w skały. - Znalazłem- gdzie hubka i krzesiwo?! - zacząłem panikować , po chwili roznieciłem pochodnie , i wziąłem się do szukania truchła Licza.
Wokoło stare wysuszone już ciała, pewnie śmiałków którzy tu trafili, jak ja w poszukiwaniu złota klejnotów, może jakichś artefaktów, wśrud tych ciał ledwo lśniły 2 czerwone punkty - podszedłem ostrożnie ręką już szukając broni- nie było, ale mimo to musiałem sprawdzić czy to on.
- Twoja broń mnie nie zabije ugh hgrr- bulgoczący głos, teraz wydawał się topić we własnej truciźnie, a głowa z częścią korpusu i ręki harczała- Pokonałem cię- nie... to ciało było mym więzieniem - uwolniłeś mnie- oczy zgasły, a z reszta korpusu jak by wydała ostatnie tchnienie, czarna jak noc mgła uszła z Licza, a z nią usłyszałem złowieszczy śmiech, a gdy cichł po chwili w oddali bulgoczący głos wjkby w mej głowie powiedział
- jeszcze się spotkamy, muszę ci się odwdzięczyć za uwolnienie... hahahaha- następne spotkanie może się okazać twoim pochówkiem ... Allacie, obyś był przygotowany....-za czarnymi górami, rzeka krwi tam umrzesz hahahaha- głos ucichł a ja nie wiedziałem co o tym myśleć , czułem strach i pustkę, jakby mi coś odebrano ...
Dopiero teraz mogłem się rozejrzeć gdzie właściwie jestem, nie była to , jak wcześniej myślałem nieskończona jaskinia, na to miejsce na pewno oddziaływała jakaś magia, a na pewno było to sprawką Licza, którym stał się nekromanta - to cena za igranie z mrocznymi siłami.
Wygląda to jak jakaś świątynia, na pewno była stara, i stoczono tu niejedną bitwe, co krok
8.
można natknąć się na jakieś szczątki , części oręża czy zbroi, parę dobrych godzin zajęło mi obejście całej jaskini. W środku w walącej się ze staroci świątyni, znajdował się jeden pokój , który jakby nie był w ogóle ruszony czasem , czy jakąś walką. Pokój był świeży i czysty, znajdowały się w nim skrzynie jakich nigdy nie widziałem, drewniane jak by przypominały drewno z którego w Lesie Loren Elfy tworzą swoje łuki...
Nie były niczym zaplątane, nie było na nich zamków. Na środku pokoju znajdował się stół, a raczej coś w rodzaju ołtarza, powierzchnie miał gładką, lecz gdy się przyjrzeć ukazują się historie jakichś bitew wyryte tuż pod powierzchnią, nie spotykane zjawisko. Na środku stołu było wyrzeźbione koło a w nim wnęka i miejsce na medalion, widziałem już kiedyś podobny...
Rozglądałem się dalej po pokoju i ogarniała mnie radość, błogość, jak w domu, ciepło biło zewsząd, a nie widziałem paleniska czy kominka. w dwóch rogach między skrzyniami , były dwa rzeźbione fotele siedziska niby normalne, ale jeden był stylizowany na potężnego demona MARDAGG-a a drugi to była VIYDAGG...
Przyglądałem im się przez dłuższą chwile, nie rozumiałem po co i w jakim celu były wykonane , MARDAGG - chaotyczny demon, wyglądający jak śmierć z kosą, służący Khornowi - bogowi chaosu...
A z drugiej strony VIYDAGG- odwrotność demona, wyglada jak młoda piękna kobieta, ubrana w zwiewne szaty, od wieków próbująca zabić MARDAGG-a który zabity przez nią nigdy już nie powróci.
Cztery skrzynie, po dwie przy każdym krześle, stół i brakujący medalion aby układanka była cała -gdzie on może być- pomyślałem ,i ruszyłem do ścierwa Licza.
Jego ubrania, a raczej to co z nich zostało , nic nie było w nich ukryte, bojąc sie o swe zdrowie, próbowałem ciało przeszukać starą pochodnią, gdy przewracałem zgniłe szmaty, nagle w okolicach głowy coś zabłysło, tak to on, włożyłem pochodnie między łańcuch a głowę, jedno szarpnięcie, ciało nie stawiało oporu łańcuch z wisiorkiem przeszedł przez zgniliznę jakby jej nie było.
Miałem go, na medalionie znów na awersie VIYDAGG a na rewersie MARDAGG ...
Był jeszcze napis, ale nie chciałem brać w ręce czegoś co nie wiadomo jak długo miało kontakt z pomiotem chaosu, udałem się z powrotem do pokoju, niosąc przed sobą na pochodni naszyjnik,
9.
gdzy naszyjnik przekroczył próg pokoju, zaświecił, jak by miał się stopić, a na ziemię opadł czerwony pył który natychmiast został wchłonięty, zamurowało mnie- zastanawiałem się czy wejść- ale skoro już tu byłem i nic mi się nie stało to teraz też nie powinno... - niepewnie ruszyłem do przodu, a gdy przekroczyłem próg, widziałem tylko uśmiechającą się podobiznę MARDAGG-a który nie był już krzesłem, zrobiło mi się ciemno przed oczami, po chwili pod stopami widziałem jak wchłaniał się czerwony pył, dużo czerwonego pyłu, a ja poczułem jak wcześniej ciepło spokój. Ruszyłem do stołu, przez chwilę chciałem od razu włożyć medalion w miejsce w którym powinien być, i w tym momencie zauważyłem że nie jest on zawieszony na kiju z pochodni, ale mam go włożony na szyi , musiałem odpocząć tyle wiedziałem, usiadłem w rogu z dale od stołu i przerażających krzeseł, no przynajmniej jedno z nich było straszne, i zasnąłem, w tym cieple, w tym spokoju ...
Gdy tylko zamknąłem oczy , coś niewidzialną ręką wyrwało mnie z tego pięknego stanu, poczułem się nie swojo, a sam pokój pociemniał, i wydawał się być mniej przyjazny. Zerwałem się na nogi, teraz do mnie dotarło że błądzę tu już jakiś czas, nie wiadomo jak długo... Nie mam przy sobie moich rzeczy, bez których nawet na stronę się nie ruszam. Wciąż panowała tu jakaś siła która sprawiała że zapominam o rzeczach ważnych .
Znów myślałem o położeniu medalionu w miejsce na stole..
Wybiegłem z sali, w poszukiwaniu ekwipunku, bardzo szybko go odnalazłem miecz, pelerynę, niestety trochę podniszczoną po wybuchu bomb - mam nadzieję że jej moc została nienaruszona - pomyślałem przyglądając sie dziurom i nadpalonym miejscą, obok już tylko tarcza i plecak w nienaruszonym stanie.
Po krótkim przeglądzie rzeczy i zjedzeniu suchego prowiantu, postanowiłem ruszyć w stronę wyjścia.
Minęło kilka dłuższy chwil i ujrzałem światło, słońce spłynęło na moją twarz, odwróciłem ją w ten blask, i poczułem ulgę.
Żaden elf, czy pół-elf, nie znosi podziemi - stałem tak.
10.
Słyszałem śpiew ptaków, czułem lekki wiatr, wilgotny od rosy, słyszałem szelest liści i nagle poczułem straszny ból, oberwałem czymś w głowę, bolało jak diabli - padłem.
- Gadaj co wyniosłeś z jaskini !! Wiem że coś masz na pewno tam coś było ! haha -szaleńczy śmiech - gdzie to jest !!! gdzie to masz ?! Gadaj!! - W tym momencie poczułem jak czyjeś łabska obracają mnie na plecy , przez chwile widziałem tylko zarys postaci, byłem ogłuszony, słońce raziło prosto w oczy.
- Gdzie to masz , gadaj !
-Ale co? - wycharczałem oszołomiony.
- Już ty wiesz co , nie zgrywaj cwaniaka , bo poderżne ci gardło, pamiętaj że to ja powiedziałem ci o jaskini i coś mi sie należy !! Chce medalion! Gadaj gdzie go masz, resztę możesz zachować, jeżeli ujdziesz z życiem - wycedził przez zaciśnięte z nerwów zęby.
- Nic tam nie było, oprócz skrzyń ,możesz iść i sprawdzić Licza zgładziłem, a skrzyń nie tknąłem . - Odpowiedziałem najspokojniej jak tylko mogłem, przyglądał mi sie, po czym szarpnął mnie stawiając na nogi i od razu sie zmieszał, człowieczek miał nie więcej niż półtorej metra wysokości.
- jak to skrzynie? - w końcu przestał wrzeszczeć
- a bogactwa złoto, artefakty, kamienie szlachetne?
- Nic więcej nie ma- odpowiedziałem zastanawiając sie czego właściwie chce , dóbr czy wisiorka który leżał bezpieczny w moim plecaku.
- Nie ma... jak to nie ma , a góry złota , szmaragdy - bełkotał sam do siebie - musi tam coś być, musi !! - spojrzał na mnie swoimi opętanymi oczyma, po czym biegiem ruszył do wejścia jaskini.
Nie zastanawiałem się długo , co i dlaczego go opętało, dlaczego chciał naszyjnik, a chwilę później jakby o nim nie pamiętając chciał złota, ruszyłem na południe w stronę Nuln.
11 .
Przedzierałem się przez gęsty las, nie chciałem iść traktami, chciałem aby żadna para oczu na mnie nie spojrzała. Zbliżał się wieczór więc postanowiłem rozbić obóz, raz-dwa postawiłem namiot, wykopałem niewielki dół i poszedłem nazbierać chrustu na ognisko, wziąłem ze sobą kusze, tak w razie czego, przecież nie wiadomo co i gdzie się czai, nazbierałem już dość sporą ilość na ognisko, gdy nagle zauważyłem chasającego zająca, nawet przez sekundę się nie zastanawiałem, położyłem delikatnie drwa , tak aby go nie spłoszyć, zdjąłem z pleców kuszę, wycelowałem i delikatnie nacisnąłem spust i kiedy bełt pędził już w stronę zdobyczy kontem oka zauważyłem że popełniłem błąd. Bełt dopadł zdobycz a ja widziałem ogromną kulę ognia już z góry, ponieważ odrzut był tak wielki a moja ofiara nie daleko, podmuch wyrwał mnie w powietrze nie wiem jak wysoko, ale gdy byłem już na ziemi, widziałem pierwsze gwiazdy które wyłaniały się jedna po drugiej gdy niebo powoli ciemniało.
Zebrałem się obolały -jak mogłem ... jak mogłem nie zauważyć bełta który wybucha ...
musiałem już być bardzo zmęczony, zebrałem chrust i podszedłem do dołu który powstał po moim przepięknym polowaniu, odpaliłem jedną z gałęzi od tlącego się jeszcze ognia, i gdy już miałem wracać do namiotu zauważyłem pięknie przysmażoną kite zająca - nie pozwolę żeby tak wspaniały kąsek się zmarnował- powiedziałem półgłosem zadowolony ze znaleziska i ruszyłem w stronę mojego skromnego obozowiska ,położyłem mięso i roznieciłem ogień, zrobiło się jaśniej i przyjemniej, usiadłem przy nim degustując jednocześnie upolowanego i upieczonego zająca, musiałem tylko oskrobać skórkę zlepioną futrem, ale w środku był wyśmienity. Pomyślałem że może to kiedyś powtórzę, ale może w bardziej kontrolowany sposób, położyłem się nieco obolały i zasnąłem snem sprawiedliwych.
Mimo że byłem obolały od lotu, zmęczony podróżą, czułem jak przewracam się z boku na bok, a pot zaczyna niemiło pokrywać moje ciało, trwało to jakiś czas gdy wreszcie nie czułem już nic.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz